Ks. Józef Jarzębowski

Księdza Józefa Jarzębowskiego łatwo odnaleźć na każdej z zachowanych fotografii. Nieprzeciętny wzrost (dwa metry) sprawiał, że jego sylwetka wznosiła się ponad głowami innych. To jego pasji kolekcjonerskiej, miłości do ojczyzny i oddaniu pracy wychowawcy zawdzięczamy zbiór narodowych pamiątek, który składa się na kolekcję muzeum jego imienia w Licheniu. Sam, podsumowując swoje życie, napisał, że „przyszło mu zbierać po świecie polskie dzieci i pamiątki narodowe”.

Z wilczym biletem

Ks. Józef Jarzębowski przyszedł na świat 27 listopada 1897 r. w Warszawie. Jego dzieciństwo nie było łatwe: najpierw zmarło jego rodzeństwo, a gdy miał zaledwie sześć lat zmarł ojciec. Franciszka Jarzębowska (1868-1941) przeniosła się wówczas z synem do Nowego Miasta nad Pilicą. Tutaj, w klasztorze nowomiejskim, Józio zetknął się z kapucynem Feliksem Sadowskim (1834-1916) – spowiednikiem przywódców powstania styczniowego, skazanych przez rosyjskich zaborców na śmierć.

Ks. Jarzębowski tak wspominał ks. Feliksa: – On to w zaciszu  zakonnego ogrodu wtajemniczał mnie w wielkie misterium szubienicy na Stoku [warszawskiej Cytadeli]: pamiętaj to byli święci ludzie, mój chłopcze. Zapamiętałem. 

Także w domu rodzinnym panował duch patriotyczny. Za sprawą dziadka Franciszka Ablewicza, który za udział w powstaniu 1863 r. został zesłany na Sybir, pamięć o powstaniu styczniowym była ciągle żywa.

W rosyjskiej szkole „Długi Józio”, jak nazywano Jarzębowskiego, wpadł w tarapaty – za obronę polskości został wyrzucony ze szkoły z „wilczym biletem” a to oznaczało pozbawienie prawa przyjęcia do jakiejkolwiek szkoły w cesarstwie rosyjskim. Z pomocą przyszli ojcowie kapucyni, którzy pomogli mu przedostać się na teren zaboru austriackiego, do szkoły księży salezjanów w Oświęcimiu.

Gdy nadeszła I wojna światowa Józef powrócił do Warszawy. Czy to za sprawą modlitw mamy, która poważnie chorującego syna „ofiarowała na służbę Bogu”, czy za sprawą potrzeby serca trafia on do duszpasterstwa młodzieży w kościele przy ul. Moniuszki. Tam właśnie zaprzyjaźnił się z Leonem Kulwieciem (1880-1919) marianinem w ukryciu. To za jego przykładem w 1916 r. wstępuje do Sodalicji Mariańskiej. W tym samym roku zdaje też egzamin do szóstej klasy gimnazjum im. Jana Zamoyskiego w Warszawie i wraca do przerwanej nauki.

Początki życia zakonnego

W Sodalicji poznaje m.in. ks. Jerzego Matulewicza [Jurgis Matulevičius] (1871-1927) generalnego przełożonego Zgromadzenia Księży Marianów (beatyfikowanego w 1987 r.). To właśnie Matulewicz w 1909 r. doprowadził do odrodzenia rdzennie polskiego Zgromadzenia Księży Marianów, skazanego przez Rosjan na zagładę. Józef Jarzębowski miał głębokie nabożeństwo do Maryi, którą na wzór Stanisława Kostki uznał za swoją Matkę. Chciał wstąpić do zakonu rdzennie polskiego i poświęconego czci Matki Bożej. Za radą bł. Honorata Koźmińskiego (1829-1916) wybrał marianów. Nowicjat rozpoczął 15 sierpnia  1917 r.

Po wyparciu Rosjan z Warszawy, marianie objęli pokamedulski erem i dawne rosyjskie koszary na Bielanach w Warszawie i tu właśnie założyli pierwszy na ziemiach polskich klasztor odrodzonego Zgromadzenia. Panował głód a ludzi dziesiątkowały choroby. Na Bielanach marianie utworzyli schronisko dla sierot.  Ks. Jarzębowski wspominał: Ojczysko [bł. Jerzy Matulewicz] było jeszcze bardziej zalatane. Zabrał mnie na Bielany, gdym wiosną zasłabł. Zwoził kartofle z Warszawy i łóżka z Pociejowa od Żyda dla dzieci. Dworował sobie z tego, że właśnie na to kończył uniwersytet. (…) Polecał mi pisać krótkie patriotyczne wierszyki dla dzieci na podarki gwizdkowe.

W 1922 r. Józef Jarzębowski złożył śluby wieczyste. Święcenia kapłańskie wyznaczono na niedzielę 23 września 1923 r. Niestety, diakon Jarzębowski nie zdążył przybyć na czas z Bielan do prywatnej kaplicy biskupa polowego Stanisława Galla (1865-1942) na ulicę Miodową w Warszawie. Święcenia nie odbyły się i wszystko wskazywało na to, że zostaną odłożone na dłuższy czas. Józef po modlitwach i naradach zakonnych udał się do kardynała Aleksandra Kakowskiego (1862-1938) prosić o pomoc. Nowy termin święceń wyznaczono na 30 września. W swoich zapiskach zanotował:

Społecznik, nauczyciel, kolekcjoner

11 listopada 1918 r. zakończyła się I wojna światowa. Na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie odbyła się defilada. Pierwszy raz od stulecia ulicami stolicy maszerowało wojsko polskie, szli też uczniowie i studenci. „Idzie również i Józef Jarzębowski, o głowę wyższy od swoich kolegów, uśmiechnięty i radosny. Polska jest wolna, Polska powstała, by żyć.” W 1919 r., w imieniu katolickich organizacji Warszawy, kleryk Józef powitał przybywającego z Francji gen. Józefa Hallera (1873-1960). Przyjaźń, która zrodziła się między „Błękitnym Generałem” a ks. Jarzębowskim przetrwała aż do śmierci Hallera. W 1920 r. seminarzysta Józef wraz innymi klerykami zaciągnął się do polskiej armii, by bronić Warszawy przed bolszewikami. Zostali przydzieleni do służby sanitarnej i przez kilka tygodni opatrywali rannych na barkach zamienionych tymczasowo na szpitale.

Po święceniach kapłańskich, w październiku 1923 r. ks. Józef rozpoczyna studia na Wydziale Nauk Humanistycznych Uniwersytetu Lubelskiego (dziś Katolicki Uniwersytet Lubelski). Niestety, ma słabe zdrowie i często choruje, studia zostają zawieszone a student dla podratowania zdrowia wyjeżdża do Zakopanego.

Jeszcze jako kleryk, Józef zaprzyjaźnił się z Bronisławem Załuskim (1888–1963), który – podobnie jak on – wstąpił do mariańskiego nowicjatu w 1916 r. Brat zakonny Bronisław, doktor nauk rolniczych, był w przyszłości wieloletnim dyrektorem Zakładu Księży Marianów na Bielanach w Warszawie. W 1939 r. do szkoły tej uczęszczało 400 uczniów, z czego większość mieszkała w internacie. To właśnie w tym Zakładzie, we wrześniu 1925 roku, ks. Jarzębowski rozpoczął swoją pracę pedagogiczną. Napisana przez niego w 1918 r. pieśń „Błękitne rozwińmy sztandary” stała się hymnem bielańskiej szkoły (a także hymnem Sodalicji Mariańskiej).

Aż do wybuchu II wojny światowej ks. Jarzębowski uczy na Bielanach, pracuje w internacie, prowadzi drużynę harcerską i organizuje letnie wyjazdy z wychowankami. O swoich podopiecznych pamiętał przez całe życie – śledził ich losy i odnajdywał ich w różnych miejscach, do których rzucił go los.

Na Bielanach zakłada również bibliotekę, gromadzi pamiątki do przyszkolnego muzeum i organizuje wystawy.
„– Kolekcjonowanie zaczęło się od kilku starych monet, map i autografu Kazimierza Ujejskiego” – wspominał po latach. Zbierał z pasją, starając się ocalić przed zniszczeniem świadectwa polskiej historii i sztuki. Kolekcjonował jednak nie tylko dla samego zbierania – pamiątki narodowe wykorzystywał jako pomoc dydaktyczną podczas lekcji. Gromadził m.in. inkunabuły, rękopisy i autografy wybitnych Polaków, dokumenty historyczne oraz eksponaty ilustrujące dzieje Polski, a zwłaszcza powstań narodowych. Do 1939 r. jego zbiór uchodził za jedno z najważniejszych źródeł wiedzy o powstaniu styczniowym. Na Bielanach znajdowała się również większość książek wydanych w Polsce i za granicą, poświęconych temu właśnie okresowi.

1 września 1939 roku wybucha II wojna światowa – trzecia wojna w życiu ks. Jarzębowskiego. 6 września, na polecenie przełożonych, podobnie jak wielu mieszkańców Warszawy, opuszcza miasto i wyrusza w stronę mariańskiego domu w Drui (dziś na terenie Białorusi). Ostatecznie dociera jednak do Wilna, ponieważ w tym samym czasie Litwa zostaje zajęta przez Sowietów. Część zbiorów muzealnych powierzył zaprzyjaźnionym osobom, lecz najcenniejsze eksponaty – w tym wiele dotyczących powstania styczniowego – zabrał ze sobą.

Apostoł Bożego Miłosierdzia

Do wiosny 1940 r. ks. Józef posługuje duszpastersko w obozie dla internowanych Polaków w Wiłkomierzu. Po likwidacji obozu trafia do mariańskiego domu w Mariampolu. Kiedy jednak 14 lipca 1940 roku dom zostaje zamknięty, ks. Józef znajduje się bez dachu nad głową. W tym trudnym czasie szuka ratunku w modlitwie do Miłosierdzia Bożego. Już na początku pobytu na Litwie spotkał ks. Michała Sopoćkę (1888–1975), spowiednika św. Faustyny, który zapoznał go z nabożeństwem do Miłosierdzia Bożego. Ks. Sopoćko poprosił go również, aby – jeśli uda mu się wyjechać do Ameryki – zabrał ze sobą dokumentację dotyczącą objawień s. Faustyny oraz kultu Miłosierdzia Bożego.

Bolesne doświadczenia skłaniają ks. Jarzębowskiego do udania się do Wilna, gdzie w kościele św. Michała, przed obrazem Chrystusa Miłosiernego, składa ślubowanie: jeśli uda mu się uciec przed bolszewikami za granicę, poświęci się szerzeniu orędzia o Miłosierdziu Bożym na świecie. Wbrew wszelkim przeciwnościom, 26 lutego 1941 r. wyrusza koleją transsyberyjską do Władywostoku, a stamtąd – przez Japonię – dociera do Stanów Zjednoczonych. To właśnie tam zaczyna popularyzować nowennę do Miłosierdzia Bożego. Wkrótce do tego dzieła dołączają amerykańscy marianie, a nabożeństwo rozpoczyna swoją drogę na cały świat.

Ks. Jarzębowski, gdziekolwiek się pojawiał, głosił orędzie o Bożym Miłosierdziu. Miłosierdziu Bożemu powierzył również kolegium, które po wojnie założył w Anglii – dla chłopców z polskich rodzin na emigracji.

Los tułaczy

W listopadzie 1943 roku ks. Józef przybywa do Meksyku. W położonej niedaleko miasta León hacjendzie schronienie znalazło około 1,5 tysiąca Polaków, w tym 300 dzieci z sierocińca – wszyscy ocaleni z „nieludzkiej ziemi”, którzy wraz z Armią Andersa wydostali się z sowieckiej Rosji. W Ośrodku dla Uchodźców Polskich w Santa Rosa ks. Jarzębowski przez cztery lata pracował z pełnym poświęceniem. Pełnił funkcję kapelana, dyrektora gimnazjum, nauczyciela, hufcowego w harcerstwie, a także organizatora wycieczek i pielgrzymek.

Kolejne dwa lata poświęcił pracy w schronisku dla polskich dzieci w Tlalpan (dzisiejsza dzielnica Mexico City). Jeździł do Stanów Zjednoczonych, gdzie głosił kazania, prowadził rekolekcje i zbierał fundusze na utrzymanie placówki. Nie porzucał również swojej pasji kolekcjonerskiej – odwiedzał antykwariaty, w których odnajdywał cenne pamiątki związane z historią Polski, m.in. szablę z czasów Konstytucji 3 Maja.

Bielany nad Tamizą

31 marca 1950 r. ks. Józef Jarzębowski wypływa z portu w Nowym Orleanie, kierując się do Europy, aby na Wyspach Brytyjskich zająć się duszpasterstwem wśród Polaków. Po II wojnie światowej w Wielkiej Brytanii osiedliło się około 200 tysięcy Polaków – byli to zarówno żołnierze, którzy nie mogli wrócić do komunistycznej Polski, jak i cywile szukający po wojennej tułaczce nowego miejsca do życia.

Przez Rzym, Monte Cassino, Lourdes i Paryż, 27 czerwca 1950 roku ks. Jarzębowski dociera do Anglii. Towarzyszy mu 16 skrzyń pełnych cennych pamiątek historycznych. Zostaje przełożonym i mistrzem nowicjatu w nowo powstałym domu księży marianów w Lower Bullingham pod Herefordem. Zanotował wówczas:  Przybywszy do Bullingham i rozejrzawszy się po domu, opadły mi ręce… Termin kupna upływa. Trzeba było pożyczyć. No i w rezultacie są ruiny, z zaczątkiem robót i długi… Zaczęliśmy nowennę do Bożego Miłosierdzia.

Wokół domu zakonnego zaczyna gromadzić się polska społeczność. Powstaje Sodalicja Mariańska, której moderatorem zostaje ks. Jarzębowski. Angażuje się w duszpasterstwo, głosi rekolekcje i spowiada. Ks. Ernest Chowaniec (1906–1984) wspominał:
Gdy była spowiedź wielkanocna po rekolekcjach prowadzonych przez ojca Józefa w Brompton Oratory w Londynie, przy konfesjonale ojca… Józefa stali w ogonku: generał Anders, generał Kopański, wyżsi oficerowie, mężczyźni w sile wieku.

Ks. Józef często zmaga się z problemami zdrowotnymi. Przechodzi ciężkie zapalenie płuc, ale nie oszczędza się – pracuje bez wytchnienia od jednej choroby do drugiej. Powstaje internat dla chłopców z polskich rodzin, jednak ks. Jarzębowski dostrzega potrzebę stworzenia czegoś więcej – polskiego gimnazjum z prawdziwego zdarzenia.

Zaczynają się poszukiwania miejsca na szkołę, która umożliwiłaby uczniom zdobycie brytyjskiej matury, a jednocześnie uczyła języka polskiego, geografii i historii ojczystej. W 1953 r. marianie kupują na licytacji posiadłość w Fawley Court. Pałac, zaprojektowany jako wiejska rezydencja, jest zaniedbany i zniszczony, wymaga ogromu pracy i funduszy. Ks. Jarzębowski zostaje przełożonym nowego domu zakonnego. Do pomocy ma zaledwie pięciu marianów. Mimo to ma jasną wizję: stworzyć „Bielany nad Tamizą”.

W „Gazecie Niedzielnej” z 15 listopada 1953 roku Tadeusz Borowicz pisał o jego zaangażowaniu:
Jest bowiem w szczupłej, wysokiej postaci superiora Zgromadzenia Ojców Marianów jakaś niespożyta siła, upór i zaciętość. Wydaje się, że nie ma rzeczy, której nie potrafiłby zrealizować, nie ma przeszkód, nie ma przedsięwzięcia, którego by się nie podjął w imię umiłowanej pracy wychowawczej…

4 stycznia 1954 r. następuje uroczyste otwarcie Kolegium Miłosierdzia Bożego w Fawley Court. Na początek działa tylko jedna klasa, do której uczęszcza 15 uczniów. W domu jest pusto i zimno, ale polska wspólnota na Wyspach stara się, na miarę swoich możliwości, wspierać rozwój szkoły. Choć problemy z jej utrzymaniem nigdy się całkowicie nie skończą, do 1986 r. – kiedy szkołę ostatecznie zamknięto – ukończy ją blisko 1300 chłopców.

Rozpoczyna się także budowanie szkolnej biblioteki i – po raz kolejny – tworzenie muzeum. Marianie, wyrzuceni z warszawskich Bielan, stopniowo przewożą do Anglii ocalałe zbiory przedwojennego muzeum. Ks. Józef zanotował w dzienniku:
Bardzo szczęśliwy dzień! Ks. Jakimowicz przywiózł z Polski tyle z moich ukrytych skarbów. Od Skargi i Hozjusza po Batorego i Kościuszkę! Są omal wszystkie Traugutiana.

Od tego też roku, przez wiele lat, w Zielone Świątki – na wzór tradycji bielańskiej – do Fawley Court zaczynają zjeżdżać Polacy z całych Wysp Brytyjskich. Jest msza święta po polsku, występy dzieci, wystawy i spotkania. Choć z dala od ojczyzny – w tym dniu nad Tamizą  jest chociaż trochę Polski. Ks. Jarzębowski, jak zawsze, pracuje intensywnie. Tworzy szkołę, uczy, głosi rekolekcje dla Polaków na Wyspach Brytyjskich i we Francji.

[W Paryżu] – wspominał – Posiedziałem trochę w Bibliotece Polskiej, potem poznałem antykwariat niejakiego pana Chmieljuka, Ukraińca, gdzie był obszerny dział polski. Natknąłem się na parę osób zacnych, które poszły mi na rękę – no i wróciłem obładowany jak wielbłąd: jest Biblia polska z 1577 r., są pierwsze wydania Mickiewicza i Słowackiego, druki emigracyjne, autografy Poniatowskiego, Traugutta i Leszczyńskiego, sporo sztychów.

W styczniu 1962 r. ks. Józef przechodzi pierwszy zawał serca. Po kilku tygodniach wychodzi ze szpitala i wraca do pracy – w bibliotece, w muzeum i przy szkole. Mimo choroby wciąż poświęca wiele czasu wychowankom. W czerwcu choroba serca daje o sobie znać ponownie. Wigilię i święta Bożego Narodzenia także spędza w szpitalu. W jednym z zachowanych listów pisał z humorem i szczerością:
U nas gorączka Zielonoświąteczna. Kłócę się jak mogę, a potem łykam trinitrin [nitrogliceryna]. Bo czuję skutki tego kłócenia. Śmiem twierdzić, że rozwijająca się nasza szkoła rośnie, mimo trudności, mimo zaciąganych wciąż długów, mimo nie zawsze rozumianych potrzeb i znaczenia tego ośrodka, który nie tylko staje się szkołą, ale i domem polskiego chłopca i polskiej młodzieży.

Między kolejnymi pobytami w szpitalach, przebywa w Fawley Court i wyjeżdża na rekonwalescencję m.in. do Bournemouth. O swoim stanie zdrowia pisze do przyjaciół:
Dużo leżę i sypiam karygodnie – rano, po obiedzie i w nocy. Zamieniam się w śpiącego staruszka, obojętnego na rzeczy tego świata – z wyjątkiem antyków, poloników, książek, muzeów i szelmów chłopaków. Poza tym trup. Matce Bożej się codziennie naprzykrzam – za Przyjaciół, za chłopaków, za Kościół, za Polskę, za chorych i za grzeszników, czyli znowu za siebie.

Na setną rocznicę stracenia Romualda Traugutta (1826-1864) przygotowuje w Londynie wystawę pamiątek z powstania styczniowego – owoc całego życia pasjonata i kolekcjonera. W 1964 r. leci do Szwajcarii – na leczenie i z wykładem o Marianie Langiewiczu (1827-1887), generale i dyktatorze powstania styczniowego.

13 września 1964 r. ks. Józef Jarzębowski umiera w Herisau w Szwajcarii. Zostaje pochowany w parku Fawley Court – miejscu, które stworzył i któremu poświęcił ostatnie lata życia. W 2012 roku jego prochy przeniesiono na cmentarz w Henley-on-Thames.
Zapytany kiedyś, jak udało mu się zrealizować tak wiele inicjatyw, odpowiedział po prostu:

Jakoś się tak złożyło, że Bóg i dobrzy ludzie pomogli

PL